blue

Blue

W wielkim mieście, które drapieżnie wbijało w niebo szczyty betonowych wieżowców, żyło serduszko o imieniu Blue. Choć każdego dnia było pochłonięte tysiącem spraw, od czasu do czasu sięgało wzrokiem poza strzeliste groty, zachłannie wypatrując poszarpanych skrawków nieba. Pewnego razu, goniąc wirujące wskazówki zegara, Blue usłyszał Głos o kobiecej barwie, odziany w niebieską sukienkę. Poczuł, że wskazówki na chwilę zwolniły. Zaczął się wsłuchiwać w Głos, który odbijał się delikatnym echem najpierw w sekundach, potem w minutach, a czasem wybrzmiewał nieco głośniej w obszernych godzinach. Coraz chętniej przyglądał się barwnym odblaskom echa, próbując po jego śladach dotrzeć do Głosu, który czasem wydawał się zbliżać, a czasem ulatywać w eter.

Któregoś dnia Blue, nie mogąc uchwycić drżącego w swych tonach Głosu, wdrapał się na najwyższy wieżowiec. Zdawało mu się, że to właśnie tam ulatuje echo, w którym czasem przeglądał się Głos. Będąc na szczycie, wyraźnie dostrzegł poszarpane krawędzie nieba, spośród których nieśmiało wyglądały migoczące, ciepłe promienie. Chcąc zrobić im miejsce, zaczął delikatnie odrywać niebiańskie okruchy, te zaś opadały niespiesznie, wprawiając w zadumę milknące nagle sekundy. Świat powoli zamierał ogrzewany złocistymi promieniami, które coraz śmielej przedzierały się przez nieporadne betonowe bloki. Blue spojrzał w rozciągającą się poniżej przepastną przestrzeń. Jego oczom ukazał się tonący w słodyczy widok. Na samym dole, wśród jasnych promieni i lekkich płatków nieba wirowała niebieska sukienka.

Ześlizgując się po znieruchomiałych minutach, Blue ostrożnie zszedł na dół. Onieśmielony głuchą ciszą długo wpatrywał się w Głos oglądający się tęsknie za wirującymi kawałkami nieba. Ten, poczuwszy na sobie głębokie spojrzenie, zamarł na chwilę, po czym niespiesznie zbliżył się do Blue. Otuliło ich echo, w którym nadal wybrzmiewały cienie ich nocnych szeptów. Blue chwycił Głos za rękę. Spokojnym krokiem ruszyli w kierunku coraz bardziej przejaśniającego się nieba. Mijając rozciągające się leniwie godziny, w końcu dotarli do celu. Stanęli nad krawędzią błękitnych przestworzy, które spokojnym szumem zapraszały do wspólnej podróży. Blue i Głos ułożyli się wygodnie na miękkiej, spienionej fali i pozwolili się prowadzić jej kołyszącym szeptom. Pozostawiając za sobą zagubione w czasie echo, na nowo uczyli się swoich barw i odcieni.

Pewnego dnia, zatopieni we wspólnym spojrzeniu, poczuli, że w oplatających ich oddechach rodzą się okruchy materii. Zza horyzontu powoli wyłaniał się ląd.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *