Na początku zawsze są oczekiwania – recenzja książki Woda różana i chleb na sodzie, Marsha Mehran

Intrygujący, orientalny tytuł i autorka o irańskim pochodzeniu, zafascynowana magią celtyckiego świata. Takie połączenie skutecznie przykuwa uwagę czytelnika szukającego niezwykłej opowieści. Bez wahania sięgnęłam zatem po Wodę różaną i chleb na sodzie (2009). Było to moje pierwsze spotkanie literackie z Marshą Meheran – spotkanie zupełnie przypadkowe i wyrwane z kontekstu, ponieważ nie znam pierwszej części powieściowego cyklu, czyli Zupy z granatów (2006).

Marsha Meheran – kilka słów o autorce

Autorka urodzona w Teheranie w 1997 roku, dwa lata później, w czasie rewolucji irańskiej, wraz
z rodziną przenosi się do Argentyny. Wychowuje się i dorasta w Buenos Aires, Stanach Zjednoczonych, Australii, a osiada w zachodniej Irlandii, gdzie umiera w wieku 36 lat. Powiedzenie, że życie to podróż, traci w tym przypadku metaforyczny sens. Naznaczony wędrówką los Meheran staje się dla ciekawskiego czytelnika dopełnieniem niecodziennej podróży literacko-kulturowej.

O czym?

Autorka, owszem, zabiera nas do świata pełnego różnorodności, jednak jego specyfika nie wynika
z przeplatania się kultury Orientu i starożytnych Celtów. Przenosząc się do niewielkiego irlandzkiego miasteczka – Ballinacroagh, obserwujemy społeczność pełną indywidualności. Przewodnikiem po tym świecie jest dla czytelnika pochodząca z Iranu Mardżan – najstarsza z sióstr Aminpur, prowadząca wraz z nimi orientalną kawiarnię. Dla dorastającej, szesnastoletniej Lejli nie ma tematów tabu. Jej liberalne podejście do spraw damsko-męskich nieco zawstydza Mardżan i gorszy Bahar – byłą rewolucjonistkę, która przeżywa silną fascynację katolicyzmem. Pomimo tych różnic siostrom udaje się owocnie współpracować i darzyć wzajemnym szacunkiem.

Równie oryginalne postacie spotykamy poza kawiarnią sióstr Aminpur. Ekstremalnie tradycjonalistyczna zbiorowość starszych pań – strażniczek moralności, które z okien swoich mieszkań śledzą i surowo oceniają każdego mieszkańca irlandzkiego miasteczka. Ich potępiające spojrzenia dosięgają nawet miejscowego księdza, który otwiera lokalną rozgłośnię radiową. Poznajemy także włoską imigrantkę z rozrzewnieniem wspominającą młodzieńcze lata i małżeństwo pełne romantycznych uniesień, a także fryzjerkę-feministkę i ministra zdrowia, który zdaje się uosobieniem brutalnego świata zewnętrznego. Jeśli pójdziemy śladem wyobrażeń bohaterów, spotkamy tu nawet baśniową syrenkę…

Czy tak różnorodne osobowości mogą harmonijnie współistnieć na kartach powieści? Tak, a pozwala na to nadzwyczajna otoczka stworzona przez autorkę, ujawniająca się nie tylko w świecie przedstawionym, ale też w samej konstrukcji narracji. Mehran swobodnie lawiruje pomiędzy poszczególnymi wątkami, zdając się nie zważać na ograniczenia przyczynowo-skutkowe. Początkowo odbiorca może się czuć zagubiony, może nawet delikatnie poirytowany. To jak kalejdoskop – ledwie zanurzymy się w jednym obrazku, aby po chwili przenieść się zupełnie gdzie indziej. Jednak, gdy wejdziemy nieco głębiej w pełen magicznego realizmu świat, kolejne zmiany scenerii stają się bardziej naturalne, coraz mocniej pochłaniając uwagę czytelnika.

Wielokrotnie przywoływany wątek magiczno-baśniowy to nie wszystko, na co warto zwrócić uwagę
w opowieści Marshy Mehran. Autorka pozwala nam także przyjrzeć się procesowi zmiany
i dojrzewania głównej bohaterki – Mardżan, która – podobnie jak Mehran – została zmuszona do przebycia trudnej drogi z Iranu poprzez Londyn do małego miasteczka w Irlandii. Założenie
i prowadzenie kawiarni, przystosowanie się do życia w hermetycznej społeczności, odpowiedzialność za młodsze siostry – wszystko to wymagało rozmaitych wyrzeczeń. Jednak pewnego dnia w kawiarni pojawia się tajemniczy Anglik – urzeczony smakiem irańskich specjałów, które notabene stanowią ważny element powieści. W sztuce kulinarnej uprawianej przez Mardżan każda potrawa to odrębny rytuał ubrany w poetyckie słowa. Wszystkie składniki mają niebagatelne znaczenie – są zharmonizowane z porami roku oraz charakterami gości. Śledząc pełne gracji ruchy Mardżan, z każdą stroną nabieramy apetytu na więcej.

Dlatego czasem warto porzucić oczekiwania.

Bon appétit!

Marsha Mehran
Woda różana i chleb na sodzie
Przełożyła Teresa Tyszowiecka-Tarkowska
Wydawnictwo W.A.B 2015

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *